Po spirali (nie, nie w kółko ;))

(P)

Zanurzam się w bogactwie zmysłowych i pozazmysłowych wrażeń. Mnogość poziomów, na których się obracam (podobnie jak każdy z nas), jest nie do ogarnięcia rozumem.

Ale tyle pięknych rzeczy wydarza się poza logiką.

Czy motywacja do rozwoju duchowego i wewnętrzne dążenie do samorealizacji wystarcza, by poruszać się po spirali rozwoju, a nie kręcić się w kółko?

Z pewnością nie.

Czy samoobserwacja powoduje, że się rozwijam?

Z pewnością tak, ale ilość przedmiotów i zjawisk, do których może lgnąć umysł, wydaje się nieograniczona.

Nieskończenie więc może trwać samoobserwacja i rozwój w ramach takiego podejścia do rzeczywistości i swojej ziemskiej egzystencji.

Ostatnio nasycenie rzeczywistością ludzką (na poziomie fizycznym, mentalnym i emocjonalnym) osiągnęło poziom, który umożliwił mi łatwiejsze wchodzenie i pozostawanie – choć przez chwile – w stanie samoświadomości. To zwrócenie uwagi „do środka” jest odczuwane przez mnie jako „powrót do domu”.

Z jednej strony to stan niekomfortowy – to istnienie w rzeczywistości materialnej, ale pozostawanie w dużym dystansie. Żyję w niej niby w pełni, ale bez przylegania do niej, bez utożsamiania się z obiektami mej percepcji. To bardziej bycie tą percepcją. Świadomością.

Jestem, ale nie jestem.

Ciało się relaksuje, sylwetka sama automatycznie prostuje, rożnie zaufanie do Boga – wszechobecnej Inteligencji i jej doskonałości we wszystkich aspektach i wszystkich sytuacjach.

W tym stanie odczuwam nieograniczoność mojej egzystencji.

Radość. Obecność.

Miłość.

I wypadam z niego szybciutko, pociągnięta myślą, emocją, uwagą w innym kierunku.

Ale jestem w stanie również szybko wrócić ponownie do tej uważności.

Ale wchodzenie w ten stan to praca. Ten moment przełączania wydaje się kluczowy.

Powtarzam często w myślach:

„Boże, spraw, by wchodzenie i pozostawanie w stanie samoświadomości było moją główną motywacją.”

To moja modlitwa.

Cel nad celami.

Cel, którego realizacja wymaga Boskiego błogosławieństwa, ale też ciągłej pracy.

I nasycenia rzeczywistością ludzką.

Realizacji bądź transformacji ludzkich pragnień.

Ale…

Wchodzenie w ten stan powoduje też więcej radości i miłości w sercu.

Z drugiej strony…

Żyję w materialnym świecie.

Pełnym różnorodności.

Obowiązków materialnych.

Opłat.

Podatków.

Niuansów i wymogów formalno – prawnych.

Społeczeństwie zróżnicowanym.

Społeczeństwie konsumpcyjnym i pragmatycznym.

Gospodarce rozwiniętej, z wysokimi kosztami transakcyjnymi i niską tolerancją na finansowe upadki (w świecie represyjnym – spróbuj przez dwa miesiące nie zarabiać i nie uiszczać żadnych opłat…!).

W czasach intensywnego rozwoju technologicznego – jakie to fascynujące!

Wciąż układam sobie podejście do tej rzeczywistości.

W momentach błogości kocham tą jej różnorodność i wielopoziomowość.

W momentach spadku energii i wibracji odczuwam niezgodę na ten moralny i duchowy upadek. Niezgodę na wszechpanujące zapomnienie, kim jest człowiek.

Na brak miłości, na wszechobecny egoizm.

To wszystko istnieje na zewnątrz, czy we mnie?

W momencie osiągnięcia stanu samoświadomości – z uwagą wewnątrz siebie – analizy przestają istnieć. Pojawia się bycie, choć – jak kiedyś pisałam – inteligencja wciąż istnieje. Można wciąż funkcjonować w świecie zewnętrznym, nawet szybciej i sprawniej, choć bez tak bogatej dramaturgii i głębi doznań zmysłowych. Bez natłoku myśli. Bez lęku. Bez napięć. Bez słów, definicji i ocen.

Czy jestem gotowa, by porzucić stan, który znam? Siebie, którą znam? Bogate emocjonalne odczuwanie rzeczywistości, które znam? Utożsamianie się z „ja” ukształtowaną przez całe moje dotychczasowe wcielenie?

Wchodzenie w głąb siebie powoduje też u mnie lęk przed samozatraceniem. Kropla boi się stać się częścią oceanu.

Ta kropla żyje przecież w świecie materialnym ze wszystkimi zobowiązaniami, które na siebie przyjęła bądź które na niej ciążą z racji odrodzenia się i życia w tym systemie.

Wciąż jestem ciekawa, co jest następnym krokiem w tym rozwoju.

Na jakim etapie jestem?

Czy coraz większe ukochanie piękna, sztuki, estetyki, muzyki, tańca, świata energii, różnorodności form i barw tego świata, ale też pozytywnych aspektów i możliwości rozwoju cywilizacyjnego i technologicznego, jest krokiem na przód czy wstecz?

Czy w dzisiejszych czasach ugruntowanie i rozwój w świecie materialnym oraz cieszenie się z życia, przy jednoczesnej pracy nad ograniczeniem przywiązania do niego – pogłębia me istnienie i możliwość rozwoju duchowego, czy raczej prowadzi w kolejny ślepy zaułek?

Rosnący poziom miłości we mnie pokrzepia me serce, więcej stanów bycia samoświadomą pogłębia me istnienie i daje więcej energii i spokoju, pomimo niespokojnego wciąż umysłu.

Staram się obserwować siebie, szczególnie w momentach przed i po wchodzeniu na ten wyższy poziom. Te „przełączniki” wydają się być kluczowe. To jak życie w jednej rzeczywistości, ale z dwóch różnych poziomów.

Jestem przekonana, że wszyscy jesteśmy prowadzeni przez tę wyższą inteligencję i miłość, niezależnie od poziomu świadomości, na którym się obecnie znajdujemy. Niezależnie od liczby naszych przeskoków pomiędzy różnymi przeskokami i umiejętności uruchamiania „przełącznika” pomiędzy tymi poziomami.

Plan ten dla każdego z nas jest na pewno doskonały, nawet jeśli niedostrzegalny „gołym okiem”, przymroczonym rozumowym myśleniem i programami.

Szukam w sobie zuchwałości, by sięgnąć po to, co najwyższe, i pokory, by w tym dążeniu odnajdować w sobie coraz więcej nieograniczonej miłości.

„Boże, niech moją główną motywacją będzie osiąganie stanu świadomości jak najczęściej. To moja prośba wobec Ciebie i Twój głos we mnie, skoro brzmi tak głośno.”

Amen

Źródło zdjęcia tytułowego: Image by Mona El Falaky from Pixabay